Zapraszamy do Starej Galerii ZPAF na otwarcie
wystawy Dwie Tradycje.
W wystawie udział biorą: Ewa Andrzejewska, Jaroslav Beneš, Jakub Byrczek,
Josef Česla, Sławoj Dubiel, Gábor Kerekes, Andrzej Jerzy Lech, Marek
Liksztet, Bohumir Prokupek, Tomáš Rasl, Jan Reich, Marek Szyryk, Balázs
Turay, Wojciech Zawadzki
10 grudnia o godz. 18.00, Stara Galeria ZPAF, Plac Zamkowy 8, Warszawa
Wystawę można oglądać do 4 stycznia 2008
Prezentowane na wystawie prace powstały w trakcie pleneru zorganizowanego
przez Górnośląskie Centrum Kultury jesienią 2006 roku na Górnym Śląsku.
Plener zorganizowano dla artystów-fotografów z krajów Grupy Wyszehradzkiej.
Według autorskiej koncepcji Jakuba Byrczka, kuratora pleneru spotkały się w
tym szczególnym miejscu dwie tradycje: przemysłu górniczego oraz
wielkoformatowej, czarno-białej fotografii. Łączy je początek i koniec:
pierwsze kopalnie węgla na Śląsku powstały w tym samym mniej więcej czasie,
kiedy rozpoczął się rozwój fotografii – w połowie XIX wieku; i jedna, i
druga dożywają dzisiaj swego kresu, wypierane przez nowocześniejszy przemysł
i technikę. Fotografie autorów przywiązanych nadal do tradycyjnego aparatu,
wymagającego negatywów-pojedynczych kaset oraz długiego czasu naświetlania,
z uwagą i nostalgią ukazują obrazy świata, który na naszych oczach właśnie
odchodzi.
Górny Śląsk: ziemia błogosławiona i ziemia przeklęta zarazem. Niezwykłe
miejsce, gdzie w pięknym falistym pejzażu, wśród pól i lasów wyrastają nagle
wieże kopalń i kominy hut; gdzie tłoczą się ulice i domy, odbierając oddech
miastu, które bez żadnej wolnej przestrzeni „pomiędzy” staje się już innym
miastem. Ziemia kryjąca w sobie „czarne złoto” chciwie poszukiwane przez
ludzi i ziemia zasnuta pyłem i dymem, z resztkami lasów, w których już nie
śpiewają ptaki. Inni są tu także ludzie: mówiący melodyjną śląską gwarą, z
długimi i krótkimi samogłoskami, z miękkimi słowami zachowanymi jeszcze ze
staropolszczyzny, przetykanymi twardym brzmieniem zapożyczeń niemieckich.
Tożsamość Górnego Śląska od połowy XIX wieku związana jest z przemysłem
górniczym – to wciąż podstawa życia większości rodzin tego regionu.

Co będzie dalej z tym miejscem tak szczególnym, tak wyraźnie innym pośród
ziem sąsiednich; miejscem o własnych tradycjach, języku, pejzażu węglowych
hałd i ceglanych „familoków” z czerwonymi futrynami okien? Śląska kraina
zmienia właśnie skórę: przemysł węglowy odchodzi w przeszłość. Początek
przemian jest bolesny, bo wszystko zaczyna się od ruiny tego co było.
W tym właśnie trudnym czasie – czasie granicznym między przeszłością a
przyszłością regionu – czternastu fotografów z innych części Polski oraz
trzech sąsiednich krajów zjawiło się tutaj specjalnie, by zarejestrować
rzeczywistość czasu przełomu. W ich spojrzeniu zawarty jest pewien
szczególny ton, współbrzmiący z sytuacją miejsca. Może lepiej byłoby
powiedzieć, że spojrzenie to naznaczone jest osobliwą smugą; smugą
rezygnacji i nostalgii. Wszyscy oni bowiem uprawiają ten rodzaj fotografii,
który również właśnie się kończy, na naszych oczach znika. Podobnie jak inne
paliwa i nowe technologie wypierają górnictwo i hutnictwo oparte na węglu,
tak samo nowoczesna technika zastępuje wybraną przez tych właśnie fotografów
tradycyjną odmianę ich dziedziny. Coraz trudniej o czarno-biały negatyw w
kasecie, jaki używany jest w starych aparatach wielkiego formatu;
dotychczasowi producenci porzucają wytwarzanie barytowego papieru, na którym
w klasycznej ciemni chemicznej kopiuje się stykowo obrazy z tych właśnie
dużych negatywów.

Jeden z nich, Andrzej Jerzy Lech (który przyjechał na Śląsk aż z Nowego
Jorku), napisał: „nie jesteśmy fotografami czasu świetności”. Trafił w samo
sedno. „Klasyczni” fotografowie mają powody odczuwać, że znaleźli się na
marginesie głównego nurtu tej dziedziny. A ponieważ z własnej woli na tym
marginesie pragną pozostać, siłą rzeczy patrzą na świat nieco
melancholijnie, poszukując w nim obrazów samotności, opuszczenia,
przemijania. Któż lepiej od nich potrafi odczuć szczególną aurę ziemi,
której życie staje się właśnie przeszłością?
Każdy z czternastu fotografów zaproszonych na plener ujrzał taki obraz
Górnego Śląska, jaki wyniknął ze spotkania tego miejsca z jego indywidualną
wrażliwością i doświadczeniem wyniesionym z dotychczasowej pracy
artystycznej. Z tych różnorodnych ułamkowych obrazów, zestawionych razem,
układa się, jak w kalejdoskopie, obraz zupełnie nowy: wielowątkowa opowieść
pełna niespodziewanych znaczeń. Wiele z nich mówi nie tylko o rzeczywistości
nieczynnych kopalń i hut oraz smutnych domów – o ruinie, brzydocie i
opuszczeniu – ale także o niezwykłości i szczególnym pięknie tej wyjątkowej
krainy. Zdumiewające piękno śląskiego pejzażu autorzy zdjęć potrafili
dostrzec i w lirycznych detalach, i w epickich, patetycznych panoramach.
Widza oglądającego ten zestaw fotografii uderza, że prawie nigdzie nie ma tu
ludzi. Jeśli już pojawiają się, to jako drobne sylwetki w głębi kadru, jeden
z wielu elementów widoku. Fotografowie, którzy posługują się starymi, dużymi
aparatami na statywach, których obiektywy zapisują obraz w długim czasie, z
zasady nakierowują swoją uwagę na te obiekty, które nie poruszają się, nie
wychodzą z kadru w trakcie wykonywania zdjęcia. Nie może to więc być
fotografia reporterska. Jednak nie przedstawiając ludzi, w rezultacie mówi o
nich więcej i istotniej niż można pokazać na migawkowych zdjęciach
chwytających „na gorąco” różne sytuacje. Właśnie nieobecność człowieka jest
na tych obrazach znacząca. Znaczące stają się pozostawione przez niego
przedmioty i ich wzajemne korespondencje; swoją rolę odgrywa tu także ich
tło: ziemie i niebo, światło i cień. Brak osób, których ślady obecne są na
fotografiach, sprawia, że można je „zobaczyć” w wyobraźni sugestywniej niż w
rzeczywistości – idąc po tropach przedmiotów oraz symbolicznych sensów
blasku i mroku.

Fotografie Balazsa Turaya opowiadają o zaskoczeniu i zdumieniu nagłym
spotkaniem z innym światem, kiedy to malowniczy krajobraz rozległych,
jasnych pól i ciemnych kęp drzew ustępuje nagle miejsca mrocznym, błotnistym
fabrycznym podwórzom, kryjącym widoki, które niosą lęk i przeczucie
katastrofy. Ruina i brzydota tego świata to temat zdjęć Marka Szyryka –
ukazują one niemy spektakl odgrywany przez samą scenografię: resztki
nieistniejącej już fabryki, jak rozsypane kości na betonowej pustyni. Ze
smutkiem i rezygnacją, nie z lękiem, patrzy Wojciech Zawadzki na pejzaż,
gdzie zamiast strumieni wiją się niekończące rury wśród opuszczonych
fabrycznych budynków. Słoneczne światło, którego refleksy odbijają zakurzone
szybki okien, wnosi jednak w to odpychające otoczenie promień nadziei.
Ciche i nieruchome kopalniane maszyny, także wózek z ostatnim urobkiem, na
fotografiach Sławoja Dubiela czekają w uśpieniu na swoje nowe życie –
podobnie jak urwany podwójny tor kolejowy, który wydaje się kierować wprost
do nieba. Oznaki nowego, zupełnie innego już życia, które pokątnie toczy się
w opuszczonych i zapomnianych miejscach, odnajduje w pozornie nijakich
zaułkach Bohumir Prokupek. Jaroslav Beneš, chwytając swoim obiektywem
wdzierające się w pejzaż rozbłyski oślepiającego światła, przemienia szare i
pełne chaosu krajobrazy w niematerialne zjawy. Dalej – na fotografiach Jana
Reicha – ciemne sylwety dziwacznych budynków sprawiają wrażenie bajecznych
smoków-kolosów, walczących ze sobą w kłębach dymu i pary. Tajemnicze miejsca
sfotografowane przez Gabora Kerekesa, z namalowaną na murze szubienicą i
śladem po dziecięcym pokoju z otwartymi na ulicę ścianami, przywodzą na myśl
już nie baśń, ale niepokojący, złowrogi sen o wojnie lub innej katastrofie,
która wymiotła mieszkańców miasta.

Ściany budynków u Marka Likszteta to reminiscencja starożytnych budowli –
śląskie mury mają tu w sobie prostotę i dostojeństwo egipskich lub
sumeryjskich świątyń. Andrzej Jerzy Lech z żalem i nostalgią opisuje los
oryginalnej i pełnej uroku śląskiej przemysłowej architektury, coraz głębiej
ukrytej w rozrastających się bujnie drzewach i krzewach. Szaleństwo bluszczu
oplatającego wszystko wokół i zakrywającego nagrobne płyty starego cmentarza
ukazuje Ewa Andrzejewska, chwytając widoki tego miejsca pod światło – zalane
blaskiem, stają się metaforą końca jednego i wizji drugiego życia. Czy z
kolei to, co przedstawia Jakub Byrczek – ledwie widoczne na solnym papierze
jego archaicznych talbotypii widoki ze składu niepotrzebnych rzeczy – można
nazwać „życiem po życiu”? Te odrzucone przedmioty mają szansę znaleźć w
komisie swojego nabywcę, który wymyśli dla nich nową rolę…
U Tomáša Rasla zapomniane miejsca nie są już ani brzydkie, ani straszne, ani
budzące melancholię. Wydają się intrygujące i nie tyle tajemnicze, ile
niemal wesołe – prowadzą same ze sobą jakąś grę, którą zrozumiemy może
dopiero w przyszłości. Na tych zdjęciach otwiera się nowa, jasna perspektywa
– dokąd jednak prowadzi? Ludzkie przedsięwzięcia, choćby z największym
czynione rozmachem, są drobiną w porównaniu z pięknem i siłą natury – zdają
się mówić fotografie Jozefa Česli. Czy rzeczywiście najlepsze, co można
zrobić w obliczu gwałtownych przemian całego regionu, to zaufać mądrości
natury? W tych porażających pięknem polnych pejzażach, z blaskiem
wieczornego słońca kładącego się nisko na trawach, jest więcej wiary – czy
stoickiego spokoju w obliczu Nieuniknionego?…
Elżbieta Łubowicz
MIĘDZY PRZESZŁOŚCIĄ A PRZYSZŁOŚCIĄ
10 grudnia o godz. 18.00, Stara Galeria ZPAF,
Plac Zamkowy 8, Warszawa
Wystawę można oglądać do 4 stycznia 2008
|